Przekazujemy dalej.

Jako zarząd Sekcji Psychoterapii Polskiego Towarzystwa Psychologicznego chcemy odnieść się do opublikowanego w ostatnim numerze Krytyki Politycznej tekstu autorstwa Tomasza Witkowskiego pod obiecującym tytułem „Bujany fotel z wachlarzem. Skąd wiemy, czy psychoterapia w ogóle działa?” 

Jest zapewne przejawem naiwności z naszej strony nadzieja na rzetelną odpowiedź na tytułowe pytanie, odpowiedź ilustrującą i wyjaśniającą pozytywne działanie psychoterapii na podstawie wielu dziesiątek poważnych publikacji z ostatnich kilkudziesięciu lat (by wymienić choćby takich autorów jak Allan Abbass, Peter Fonagy, Michael Lambert, Falk Leichsenring, Raymond Levy i Horst Kachele czy John Norcross). 

Mieliśmy nadzieję, że osoby z dokuczliwymi objawami niszczącymi ich życie dowiedzą się, że warto zgłosić się do psychoterapeuty na przykład w Poradni Zdrowia Psychicznego, rodzice samookaleczającego się dziecka będą bardziej skłonni rozpocząć wspólną terapię rodzinną w Powiatowym Centrum Pomocy Rodzinie, a ktoś po próbie samobójczej podejmie terapię grupową na oddziale dziennym. Można było liczyć na pokazanie decydentom, że warto inwestować w rzetelną psychoterapię, zatrudniać tylu psychoterapeutów w poradniach i szpitalach, by nie trzeba było czekać miesiącami (czasem latami) na wizytę, by zapewniać do niej szeroki dostęp nie tylko w obszarze ochrony zdrowia psychicznego, ale na przykład na oddziałach położniczych czy onkologicznych. Mogłoby tak być - ale niestety nie jest. 

Artykuł rozczarowuje i razi niekompetencją. Jest szkodliwy nie tylko dlatego, że ukazuje psychoterapię w fałszywy sposób – jako zyskowny proceder uprawiany przez szczwanych szarlatanów, którym „płacimy własnymi pieniędzmi”. Ta wizja Witkowskiego oczywiście jest dla nas, psychoterapeutów, pokusą do interpretacji stojącej za nią dynamiki osobowościowej autora, ale nie miejsce tu na ugłaśnianie tego. Nie o nasz wizerunek zresztą chodzi. Tekst jest szkodliwy ponieważ może odwieść osobę cierpiącą, z dolegliwymi objawami, od decyzji o leczeniu. Może naruszyć kruchą motywację pacjentów, dla których, być może, psychoterapia jest jedyną formą pomocy, a co do której mają wątpliwości czy obawy. Może wzbudzić wątpliwości w bliskich pacjenta, którzy zaczną podważać jego decyzję o poddaniu się leczeniu. A gremia decydujące o finansowaniu np. psychoterapii dzieci i młodzieży mogłyby (gdyby czytały „Krytykę Polityczną”) uznać, że szkoda na to pieniędzy, bo dzieciakom w głębokiej depresji wystarczy krótka rozmowa z naprędce przeszkoloną pielęgniarką czy świetliczankiem.

Vikram Patel, profesor Harvardu, wybitna postać z obszaru współczesnej ochrony zdrowia psychicznego, nie zwraca się przeciw psychoterapii, choć tropi jej nieprawidłowości, co zresztą robią też rzetelne stowarzyszenia psychoterapeutyczne. Patel kieruje swój model do grup społecznych, które nie mają dostępu do specjalistycznej pomocy psychiatrycznej i psychoterapeutycznej. Nigdzie nie twierdzi, że istnieje prosty, szybki sposób, aby ulżyć cierpieniu psychicznemu każdemu człowiekowi na świecie. Byłaby to ryzykowna fantazja. Twierdzi jedynie, że tam, gdzie taka pomoc nie jest możliwa, trzeba przygotowywać nieprofesjonalistów do niesienia ulgi w cierpieniu psychicznym. Nie zamiast psychoterapii, ale jako jej jedyny dostępny w tym momencie zamiennik. Teza Witkowskiego o zbędności psychoterapii brzmi tak, jakby założyć, że skoro można upowszechnić wiedzę o udzielaniu pierwszej pomocy, resuscytacji czy nawet obsługi defibrylatora, to nie ma potrzeby kształcić ratowników medycznych i lekarzy. 

Psychoterapia wzbudza już od kilkudziesięciu lat duże zainteresowanie, nawet laicy chcą o niej czytać, poszerzać wiedzę. Dobrą tego stroną jest wzrost świadomości społecznej w tym obszarze, co zmniejsza wstyd i lęk, a zwiększa prawdopodobieństwo trafnej decyzji o miejscu psychoterapii, odnalezienia się w gąszczu podejść i ośrodków psychoterapeutycznych, tak publicznych, jak i prywatnych. Jest też i negatywny skutek tego zainteresowania - generuje ona prosperity, z której gorliwie korzystają niekompetentni pseudopsychoterapeuci i równie niekompetentni krytycy - harcownicy. 

Pozostaje nam wyrazić rozczarowanie, że „Krytyka Polityczna” swoją publikacją zapisała się do tego ostatniego obozu.